Muzyka od serca

Marina Terlecka jest znana publiczności Teatru Cortiqué Anny Niedźwiedź z kreacji roli “Amirry” w spektaklu “Cylia”. W rozmowie dla szkolnego biuletynu opowiada o swojej fascynacji bandurą (narodowym instrumentem ukraińskim), miłości do śpiewu (ukończyła studia magisterskie zarówno z gry na bandurze jak i wokalu) oraz rozlicznych inicjatywach artystycznych, w których bierze na co dzień udział.

Życzymy inspirującej lektury!

 

MARINA, CZYLI

 

Jak zaczęła się Pani artystyczna przygoda?

Już jako pięciolatka wiedziałam, że chcę uczyć się gry na instrumencie. Na początku marzyłam o fortepianie, ale byłam zbyt mała, aby móc rozpocząć naukę. Wtedy na mojej drodze stanęła bandura, a raczej osoba, która chciała stworzyć zespół bandurzystek. Zaczęłam naukę. Artystyczny świat na dobre mnie zafascynował. Dostałam się do szkoły muzycznej, potem uczęszczałam do liceum przy Akademii Muzycznej, by następnie na niej studiować – solowy śpiew operowy i grę na bandurze.

Bandura, czyli…? Zdradzi Pani sekrety tego wyjątkowego ukraińskiego instrumentu?

Jest rzeczywiście niezwykła. Przepiękna, majestatyczna, przypominająca instrument harfowy, choć w brzmieniu zbliża się nieco do klawesynu. Jest dość ciężka – zwłaszcza jej koncertowa wersja, którą posiadam (istnieją także dziecięce bandury). Ma wyjątkową barwę – nie można jej pomylić z żadnym innym instrumentem. Jej budowa pozwala na wykonywanie nawet utworów klasycznych. Można także studiować grę na bandurze – ten instrument został wpisany w poczet instrumentów akademickich.

Czy trudno opanować grę na tym instrumencie?

Gra na bandurze nie należy do łatwych, dlatego bardzo cieszę się, że zaczęłam już w dzieciństwie. Nauczyłam się jak odpowiednio utrzymywać ten instrument, wydobywać dźwięk z metalowych strun i posługiwać się sztucznymi paznokciami, które są potrzebne do profesjonalnej gry. Dziś często słyszę zdziwienie – inni zastanawiają się, jak można opanować tę trudną technikę. Ja na szczęście mam to już niemalże we krwi i nie myślę o tym na co dzień.

W trakcie wydobywania dźwięku przytulamy bandurę do lewego ramienia, blisko serca, dlatego mówi się, że jej piękno jest z tym związane.Rozkwita, bo łączy się z naszym sercem i to właśnie o tym, a nie o technice, myślę grając.

Jakie projekty artystyczne zrealizowała Pani do tej pory? Które z nich uważa Pani za szczególnie inspirujące?

Uważam, że najważniejsze, aby biorąc udział w różnych projektach, móc odnaleźć w nich fragmenty swojej wrażliwości. Jeśli nawet w bardzo zaskakującej kreacji odnajduję elementy siebie samej, to wiem, że to wartościowy projekt i z radością go realizuję. Zdarza mi się grać, zdarza śpiewać i to rozmaity, nie tylko klasyczny repertuar. Trudno wskazać mi projekt, do którego jestem najbardziej przywiązana, bo w każdej inicjatywie, którą podejmuję, czuję się dobrze. Mam na swoim koncie m.in. udział w operze “Il Barbiere di Siviglia” w Teatrze Wielkim w Poznaniu, Festiwalu Muzyki oratoryjnej „Sacromontana”, Narodowym czytaniu „Trylogii Sienkiewicza” z Wojciechem Malajkatem, Festiwalu “Jazz w Ruinach”, czy role aktorskie np. w spektaklach “Landru, asesino de mujeres” oraz “Próby” wystawianych na Akademii Muzycznej w Poznaniu.

WSPÓŁPRACA Z TEATREM CORTIQUÉ ANNY NIEDŹWIEDŹ

 

Widzowie Teatru Cortiqué​ Anny Niedźwiedźznają Panią z kreowania postaci “Amirry” w spektaklu “Cylia”. Co Panią zainteresowało w tej roli?

Szczególnie ucieszył mnie fakt, że Pani Dyrektor Anna Niedźwiedź zobaczyła we mnie dramatyczny potencjał i stwierdziła, że widzi mnie w roli srogiej matki. Przez całe studia słuchałam bowiem od profesorów, iż jestem bardzo liryczna. Propozycja ze strony Teatru była więc dla mnie ogromną radością, wyzwaniem, okazją, aby spróbować czegoś nowego. Doskonale czułam się kreując tę postać, zwłaszcza, że bardzo dobrze odnalazłam się w stworzonej dla spektaklu muzyce, której bogactwo mnie zachwyciło.

Jak wspomina Pani tę kreację sceniczną? Pani kostium nie należał chyba do najbardziej wygodnych…

Jako artystka jestem przyzwyczajona na spektakularnych kreacji, które nie są komfortowe. Jednak moja rola polega na takim zbudowaniu postaci, aby widownia była przekonana, że dana bohaterka istnieje i wygląda dokładnie tak, jak na scenie. W przypadku Amirry bardzo szybko zaakceptowałam rogi (śmiech), więcej kłopotu miałam z ogromną spódnicą, która nigdy się nie kończy. Nosząc ją nigdy nie wiedziałam, gdzie jest jej przód, a gdzie tył. Próby bardzo się przydały – miałam czas, aby opracować sposób radzenia sobie z tą spódnicą.

Jak ocenia Pani potencjał Teatru Cortiqué​? Jak występowało się Pani na scenie otwartej na widownię z trzech stron?

Uważam, że pomysł jest świetny, a sam Teatr zaprojektowano z ogromnym gustem – przepiękne parasolki pod sufitem zachwycają. Nowatorska scena pozwala na oglądanie spektaklu niemalże w 3D. Myślę, że to szczególnie atrakcyjne rozwiązanie dla młodej widowni. Dzieci mogą dzięki temu widzieć więcej i łatwiej skupić swoją uwagę niż w przypadku tradycyjnej sceny. Poza tym miałam wrażenie, że między publicznością, a artystami właściwie nie ma dystansu tylko dialog. To bardzo ciekawa emocja.

Podczas występu współpracowała Pani z młodymi wykonawcami, uczniami szkół artystycznych. Jakie wrażenia wyniosła Pani z tej współpracy?

Sceniczna współpraca z dziećmi w roli wykonawców – cóż – nie widzę różnicy między nimi a zawodowymi wykonawcami. Doskonale znali swoje role, widać było, że już wcześniej pojawili się na scenie. Działaliśmy w pełni profesjonalnie zarówno na próbach jak i podczas spektakli.

 

A W PRZYSZŁOŚCI…

 

Jakie są Pani artystyczne marzenia?

Jak każda artystka chciałabym bezustannie się rozwijać. Gromadzić doświadczenia, występować na coraz to nowych scenach i brać udział w pasjonujących projektach. Marzę o szansie na kreowanie solistycznych partii wokalnych w teatrze i oczywiście byłabym przeszczęśliwa czując, że publiczność czeka na moje występy i docenia artystyczny trud.