Ryleityle! - wywiad z Mariolą Ryl-Krystianowską

Wywiad z Mariolą Ryl-Krystianowską, aktorką lalkową, która wraz z mężem Marcinem Ryl-Krystianowskim występuje na scenie Teatru Animacji oraz tworzy własną  formację z TeatRyle. Już 22 i 23 kwietnia 2018 spektakl ich autorstwa – “Wiwat Szałaputki” – zagości na scenie Teatru Cortiqué w Poznaniu.

  • Dlaczego teatr lalkowy? Skąd taka właśnie artystyczna pasja?

W przypadku mojego męża, Marcina, była to droga naturalna – większość jego rodziny (tata, mama, dziadek, brat dziadka) była lalkarzami. Możemy uznać, że był na to skazany (śmiech).

U mnie było nieco inaczej. Zawsze chciałam zdawać do szkoły teatralnej i tak też zrobiłam. Nie udało mi się jednak przejść egzaminów wstępnych i potem rozpoczęłam pracę w Lubuskim Teatrze w Zielonej Górze na scenie lalkowej. Dość szybko mi się spodobało – po pierwszym sezonie uznałam, że to właściwa droga. Rozpoczęłam więc studia na Wydziale Sztuki Lalkarskiej w Akademii Teatralnej w Białymstoku i to właśnie tam poznałam męża. Można powiedzieć, że połączył nas teatr.

  • Który ze zrealizowanych przez siebie projektów artystycznych uważa Pani za najciekawsze?

Na scenie działam już dość długo (śmiech), więc mam w pamięci wiele, z różnych względów cennych, realizacji. Nie ukrywam, że te najbardziej inspirujące wiążą się z Teatrem Animacji i tu do głowy przychodzi mi udział w spektaklu “Opowieści z niepamięci”, który reżyserował Duda Paiva. Dzięki temu doświadczeniu poznałam zupełnie inne lalki, wykonane z gąbki i odmienny styl pracy – Duda całą uwagę skupiał na animacji lalką, twierdził, że aktor ma być na scenie niewidoczny.  Ogromnie ciekawa była także współpraca z Nevillem Tranterem przy spektaklu “Molier”, ponieważ dzięki niej spotkałam się z lalkami muppetowymi – nigdy wcześniej z nimi nie pracowałam, w odróżnieniu od męża, który brał udział w polskiej wersji “Ulicy sezamkowej”. Nevill przyjechał do nas z niezwykłą lalką – wystarczyło, że podczas jednego z ćwiczeń założyłam ją na rękę, by poczuć, że ona właściwie sama gra, zarządza sobą – niesamowite doświadczenie.

  • Jak wyglądają kulisy pracy nad spektaklem lalkowym?

Zaczynamy od idei – musimy wiedzieć, co chcemy pokazać na scenie, aby móc rozpocząć tworzenie lalek i scenografii. Myślimy o naszych odbiorcach, dzieciach. Zastanawiamy się nad tym, co będzie je bawiło, ale także staramy się przemycić w spektaklu nieco treści dydaktycznych. Dalecy jesteśmy jednak od oczywistego moralizowania, wolimy działać delikatnie, niemalże podprogowo. Gdy koncepcja spektaklu już istnieje, zabieramy się za wykonywanie lalek – to zazwyczaj półtora miesiąca regularnej i konsekwentnej pracy. Możemy liczyć tu na pomoc naszej córki, Olgi, która także jest lalkarką, ale zanim poszła w nasze ślady, przez dwa lata studiowała na Akademii Sztuk Pięknych. Jej talent plastyczny znacznie ułatwia pracę – my z Marcinem koncentrujemy się na technicznych aspektach tworzenia lalki, a nasza córka dba o jej wygląd.

  • Czy pamięta Pani jakieś sceniczne „wpadki” lalek?

Najczęściej zdarza się, że lalce… coś odpada – głowa, ręka, noga, ogon. Naszym zadaniem jest wówczas zrobienie wszystkiego, aby widz nie dojrzał tej sytuacji. Pamiętam jednak także wpadki związane ze zwyczajnym gapiostwem. Parę lat temu, gdy graliśmy w Katowicach, podczas ustawiania się na scenie zauważyliśmy, że nie zabraliśmy lalki kury. Trzeba było więc błyskawicznie coś wymyślić – pamiętam, że kupiłam chustkę, którą Marcin założył na głowę i zagrał kurę w żywym planie. Najśmieszniejsze jednak w tej historii jest to, że gdy po roku znowu odwiedziliśmy Katowice, czekała na nas galeria zdjęć upamiętniająca zeszły sezon artystyczny. Wśród zdjęć spektakli dojrzeliśmy oczywiście Marcina jako kurę – jedyną fotografię z naszego występu (śmiech).

  • Jak rozpoczęła się Pani współpraca z Dyrektor Anną Niedźwiedź?

Poznałyśmy się dzięki wspólnemu znajomemu przy okazji pracy nad spektaklem “Królowa Śniegu”. Ania chciała umieścić w widowisku lalki i zwróciła się do nas z prośbą o ich wykonanie. Byliśmy jednak wtedy bardzo zajęci, więc zadanie przejęła nasza córka – to ona jest wykonawczynią lalek oraz aktorką animującą Gerdę. To był początek. Potem zaczęliśmy częściej się spotykać – Ania chętnie odwiedzała Teatr Animacji i poczuliśmy, że zaraz po tańcu klasycznym w jej sercu są obecne lalki. Wspólnie postanowiliśmy, że zaproponujemy widzom Teatru Cortiqué nasze spektakle

  • Pierwszym z nich jest przedstawienie pt. „Wiwat Szałaputki”. Co czeka na widzów?

Na scenie zobaczymy beztrosko żyjące kurczaki, które przeżywają niebezpieczną przygodę ze sprytnym lisem w tle. Całość kończy się oczywiście dobrze – nie bez znaczenia jest tu pomoc wyjątkowej przyjaciółki Szałaputków – a oglądający mogą z tej historii wyciągnąć pouczające wnioski o ostrożności w stosunku do obcych.

W trakcie spektaklu wchodzimy w kontakt z publicznością – kierujemy ku niej pytania, rozśmieszamy, koncentrujemy uwagę na opowiadanej historii. Szałaputki potrafią zaskoczyć!

  • Jakie są Pani artystyczne marzenia i plany na przyszłość?

Razem z Marcinem kochamy wyjazdy na festiwale – uwielbiamy konfrontować się z obecną na nich publicznością. Marzą się nam wyjazdy na rozmaite imprezy – zarówno z naszym malutkim TeatRyle, jak i rodzimym Teatrem Animacji. Poza tym zawsze z wielką radością rozpoczynamy współpracę z nowymi reżyserami – obecnie działamy z Konradem Dworakowskim przygotowując w Teatrze Animacji spektakl pt.:”Baron Munhaussen”. Trzymamy kciuki za jego premierę – chcielibyśmy, by przyniósł jak najwięcej satysfakcji widzom i artystom, bo to przecież najpiękniejsze, co daje teatr.